czwartek, 6 listopada 2014

ZALANIE

Zalanie.
Impreza  w pubie udała się wyśmienicie. Dzisiejszy dzień w pracy przebiegł spokojnie,
bez przepychanek z szefem i starć z niezadowolonymi petentami. Miałam nadzieję na takie samo popołudnie
i wieczór. Niestety, to co ujrzałam po powrocie z pracy i otwarciu drzwi mojego mieszkania, wprawiło mnie
w stan osłupienia. Na  podłodze zobaczyłam wielkie kałuże-w pierwszej chwili myślałam, że to Frodo nie wytrzymał i wysikał się na  płytki. Niestety, prawda wyglądała znacznie gorzej. Kuchnia i łazienka były zalane, a z sufitu kapała woda. Krzyknęłam przerażona: „Co się dzieje, do diabła ?”. Pies przestraszony uciekł na swoje posłanie,  ja rzuciłam bukiet róż trzymany w ręku ( ten z wczorajszego, pięknego dnia) i pognałam na kolejne piętro, do sąsiadki. Okazało się, że pękł wąż doprowadzający wodę do pralki. W jej mieszkaniu sytuacja była już opanowana, ale u mnie?  Kataklizm. Czekało mnie zebranie wody  z podłóg, potem mycie szafek, mycie lamp, mycie i  polerowanie luster, wymiana ręczników i papieru toaletowego. Wszystko było mokre i brudne. Moja sielankowa wizja spędzenia popołudnia w fotelu z książką  w ręku prysnęła jak bańka mydlana.
Na szczęście, mieszkanie mam ubezpieczone od takich zdarzeń, ale ile mnie to nerwów kosztowało, to tylko ja wiem. No i to sprzątanie! Ta złowieszcza wizja  mopa, ścierek i detergentów śnić mi się będzie po nocach.
Zła i zniechęcona, mrucząc przekleństwa pod nosem, zabrałam się do pracy. Dwie godziny później mieszkanie lśniło i pachniało czystością. Teraz został już tylko do opróżnienia kosz na śmieci, wyniosę je za chwilę,
przy okazji spaceru z Frodo. Ten obowiązek będzie już jednak przyjemnością. Nareszcie wizja jakiegoś  relaksu. Potem już tylko kawa i upragniony fotel.