poniedziałek, 3 listopada 2014

WEEKEND ANI

Weekend Ani.
 Hejka.
                 Spędziłam przecudowny weekend z moimi  przyjaciółmi, Ewą i Tomkiem . Pojechałam do nich razem z moim psem. Oni mają goldenkę, wiec mój łobuz ma z kim poszaleć. Mieszkają w  przeuroczym domku tuż za miastem - spokój, cisza,  malownicza okolica itd. Wykorzystałyśmy słoneczny dzień, aby posiedzieć na tarasie i naszkicować fantastyczny widok jesiennego parku. Ach te cudowne barwy żółci, brązu, zieleni i czerwieni. Trzeba przyznać, że październik w tym roku z pogodą  był łaskawy. Razem z Ewką wzięłyśmy się ostro do pracy. Jedną z moich pasji jest malarstwo, lubię jak coś pojawia się na płótnie i to coś tworze właśnie ja. Tworzę zupełnie amatorsko dla własnej przyjemności, mam z tego niezłą frajdę. To prawda, że potem jest więcej sprzątania, zmywania, czyszczenia pędzli specjalnymi detergentami, ale satysfakcja jest ogromna. Oczywiście pies ma zakaz przebywania w pokoju w którym maluje. Kiedyś szaleńczo machając ogonem trącił sztalugi. Płótno spadło zwalając  paletę z farbami. To dopiero było poruszenie. Zaczął szczekać, biegać jak szalony, pazurami rozniósł farbę po całym pokoju. Nie wiedziałam czy najpierw poskromić psa, wytrzeć mu łapy, żeby środki chemiczne nie poraniły mu łap, czy ratować  zwalony obraz (no i oczywiście podłogę). Oj było co sprzątać. Zmywałam i zmywałam tą podłogę. Obrazu nie dało się uratować. Do mokrej farby przykleiły się drobinki kurzu, no i oczywiście pojedyncze kłaczki sierści Frodo. Od tej pory mój pies może leżeć wyłącznie w progu i przyglądać się temu co robie. U Ewy i Tomka  jest zupełnie inaczej. Psy szaleją w ogrodzie razem z pięcioletnią Zosią, córką  wspomnianych przyjaciół. Wracają do domu tak samo brudni i zmęczeni. Psy oczywiście naniosły błoto i zeschłe liście z ogrodu, nie obyło się bez zmywania podłogi. Zosia głośno domagała się pić i jeść, wiec szkicowanie się skończyło. Sielanka trwała jednak dalej. Łakomczuchy w postaci naszych psów warowały u stóp Zosi  bardzo wytrwale. Ona oczywiście dokarmiała je tak, aby mama tego nie widziała. Efektem tych zabiegów był wylany sok na kolana Zosi. Ale nie było tam żadnego okruszka ciastek i chrupiących waflowych  rurek - to zasługa Fiony i Frodo. Zosia musiała wziąć przymusową wcześniejszą kąpiel. W łazience wiernie  towarzyszyły jej  nasze futrzaki. Śmiechu było co nie miara. Nie da się  ukryć, że łazienka wyglądała jak po trzęsieniu ziemi. Wszystko do mycia, układania, i do wymiany. Zachlapane płytki, lustro pomazane, zwalony pojemnik na papier toaletowy, dozownik od mydła do wyrzucenia  (psy wydzierały go sobie z pysków). Wszystko oblepione pianą i sierścią psów. To wszystko jednak działo się w wesołej pełnej radości i śmiechu atmosferze. Teraz jak to wspominam to myślę sobie, że taki pełen radosnych hałasów dom chciałabym mieć. I nawet to sprzątanie, wieczne odkurzanie i mycie podłóg nie wydaje się takie uciążliwe i męczące. Wracaliśmy do domu zmęczeni, ale szczęśliwi.